Pracując w korpo nie można – zawsze mówić co się myśli wprost

Korporacja to trochę dyplomacja. A może nawet bardzo. Trzymanie emocji na wodzy a czasem nawet gra pozorów to jeśli nie klucz do przetrwania, to na pewno klucz do w miarę spokojnego i długiego życia na jej łonie. Takie to zasady. Generalnie mogą wkurzać, możemy się na nie oburzać, że obłuda, no i takie tam. Mi też się niejednokrotnie zdarzają reakcje zwrotne. Jednak tak sobie myślę, żyjąc na tym padole parę lat, że gdyby nie takie normy to by ludzie do gardeł sobie skakali, obrażali i być może do niczego nie doszli. Więc może – czasem trochę wolniej – ale jednak do przodu?

Duża organizacja to dużo ludzi, korporacja to działy, departamenty. W sposób naturalny takie departamenty stanowią odrębne wyspy w firmie – ze swoim dyrektorem, swoim wewnętrznym systemem, mieszkańcami. Kilka departamentów może łączyć jeden prezes – wówczas mamy tak zwany pion. Pion finansowy, Pion sprzedaży, Pion siaki i owaki. Organizacja powinna realizować swoje cele strategiczne sprawnie i w sposób przemyślany. W tym duchu departamenty powinny współpracować ze sobą i ciągnąć ten wóz. Zdarza się jednak z różnych powodów, iż cele jakimi ciska się z góry i boku w poszczególne wyspy powodują, że wyspy zaczynają się zbroić przy próbie interakcji z wyspą sąsiedniego dyrektora. Drugi dyrektor potrzebuje trochę tubylców z wyspy Y aby zrealizować cele nadane osadnikom z wyspy X. Jeśli na górze nikt tego nie dostrzeże – to szczebel niżej może być różnie.  Wówczas to właśnie nadchodzą chwile kiedy  trzeba być roztropnym, umiejętnie negocjować, dogadywać się. Nie używać wyspiarskiej dzidy. Wódz (Pan dyrektor) z pionu produkcji nie powie do wodza (dyrektora) od finansów: ”Stary, co ty Pier…! Sram na to, że macie akurat dwa audyty. Twoi ludzie szlajają się po pobliskiej galerii – to chyba ich to tak nie obciąża. Nie mówiąc o tych tumanach w pokoju 115, których powinno się zwolnić.  A Prezes mi jaja urwie jak nie dostarczę mu tej wyceny”. Tylko: „Rozumiem, że jesteście obłożeni pracą, ale ja mam też nóż na gardle. Może umówmy się na stopniowe przekazywanie danych, w miarę możliwości. Mogę kogoś podeślę, żeby wytłumaczył szczegóły ”.

To był przykład z wyższego szczebla, ale i poniżej, chociaż nam się na usta ciśnie – to nie powiemy: „Nie będę tego co chwilę poprawiał patałachu, bo Ci się założenia zmieniają jak w kalejdoskpie. Zdecyduj się na coś” tylko: „Mam wielką prośbę, przemyśl proszę te warunki jeszcze raz. To naprawdę bardzo pracochłonne. Chciałbym dobrze przygotować Ci te dane, robiąc to kilka razy mogę się pomylić”. Jak po raz dziesiąty dzwoni użytkownik, któremu po raz dziesiąty tłumaczymy to samo to nie mówimy: „K.., co z Tobą? Wszyscy kumają tylko nie ty!”. Ale: „Spokojnie. Powiem Ci jeszcze raz. Może zapisz sobie albo zrób zrzut z ekranu”. Zaciskając zęby oczywiście ;-).

Nie jest tak, że pracujemy ze sobą przez chwilę. Przy pierwszej sprawie się pochlastamy – a co przy kolejnych? Na dłuższą metę tak nie da rady. Gdy obrazimy się na Panią w kiosku, która nas okantowała na 5 złotych, w prywatnym życiu możemy ją wyeliminować – ale w pracy będziemy ją mijać i mieć do niej sprawy. Kiedyś się na coś wkurzyłam i  manifestując swoje niezadowolenie trzasnęłam z impetem drzwiami. No może dwa razy mi się zdarzyło. Potem się zastanowiłam co to dało? Nie wiele zmieniłam, a trzaskając drzwiami w sposób systematyczny naraziłabym się na opinię niezrównoważonej idiotki. Choćby i każde trzaśnięcie miało głęboki sens ;-). Dlatego trzaskam sobie jedynie w domu, wówczas mój maż wie, że trzeba mnie udobruchać, bo mam chwilowego „Nerwa” a naprawdę to się kochamy i idiotką nie jestem. A w pracy zanim postąpię niekonwencjonalnie – zastanowię się 5 razy.

To wszystko to takie dosadne przykłady, bo oczywiście można też się wyżyć w sposób bardziej wysublimowany – stosując aluzje i inne takie inteligencie podteksty i tak zwane „przysrywki” i „pojazdy” . Ale efekt podobny.

Sylwia